Oh those darned things Grandmothers say

We while away the time by cooking and eating. My grandma cooks, and I eat. Before and after our copious meals we talk. It turns out that my grandma’s preserves and roast turkey hock also come with a rich accompaniment of home-cooked Polish expressions. Like idioms, just no one else has ever heard of them. I ask if we two are expecting company for lunch because the quantity of food prepared could easily feed a hungry family of six. “Narobiłam tego wszystkiego jak głupi piwa” (I cooked as much food as an idiot brewing insane amounts of beer) which, when I think about it, is a very colourful turn of phrase for any unnecessary excess.

***

Life discussions commence and we arrive at the conclusion that there is always more than one solution to any problem. To quote grannie: “świat nie torba – z każdego wyjścia są dwa wyjścia” (the world is not a handbag – for every way out there are atleast two exits”)

***

In regards to several noted Polish politicians: “Ciemny jak tabaka w rogu” (he’s as dark as the snuff in the corner). Read: very stupid.

***

Me: Grandma, do you feel that your mom and dad really loved each other?

Grandma: Energetically: “Well yes, of course they loved each other.”

Her voice begins trailing…

Me: “Why the hesitation?”

Grandma: “My father really loved my mother. My mother loved him too, but she also had a lot of other ideas in her head.”

***

Grandma continues on the topic of love.

Grandma: “I don’t understand those głupie baby (stupid women) who fawn all over men and fall apart when things go wrong, yet again, and their poor hearts are broken.” She sighs heavily. “What the hell is their problem? An intelligent women checks to see if the man is in love with her first before falling in love herself.”

Me: Half laughing, half amazed. “Let me write that down”.

***

Grandma: “Really, life is made up of a lot of small, quirky details. “Drobne rzeczy uwierają jak ciasny but.” (The small things can wear you down step by step like an ill-fitting shoe).

***

Grandma tells about her first husband’s (my grandpa’s) field work in the forests of Poland circa 1950s and 1960s aka. back in communist times. He studied biology and forestry. He wasn’t a very organized fellow. He was also an artysta and liked to paint and write poetry in his free time.

Grandma: “He came home from the field work with his mapa sztabowa (a kind of military map) of some of the forests of Poland. He and his team had spent many months working out the exact details of the terrain. Every last tree and mushroom were outlined on this map. Marian lost the map. He lost the map at the train station. I nearly lost my mind from worry. The general public is not meant to see these maps; they were considered top secret military information. We could have gone to jail for leaving a document like that lying about.”

Me: “So what did you do?”

Grandma: “I dropped everything and immediately went to the train station to look for it. I hunted high and low at every bench and nook and cranny and I found no trace of the map. Marian went back to the office that winter to rework the map with his team from scratch. Luckily no one ever got upset with us for that first one which got lost.”

She was holding her breath and slowly lets it go.

***

Grandma continues to dish out her marital advice and I eagerly take notes. I’m not married, but I might be one day, so I’m eager to learn.

Grandma: “One of my cleaning ladies, well she told me about her sister, who got into some fuss with her husband. The man started drinking more and more and even became violent and started hitting her. She tried to put up with it and then to find a solution but to no avail. She left the man. The trouble is that now her grandmother is angry at her and tells her that she should go back to her husband! She goes on and on about how marriage is for life and that she should stick to her husband for better and for worse and so on.”

I’m in shock, and irritated with that other grandmother for being so painfully old-fashioned.

Grandma: “Last time she was here (the cleaning lady), she was very upset about her sister and this situation with their grandmother so she told me about it. I recommended that her sister come and see me and we can have a chat and she can talk to a grandma who is more modern and certainly won’t try to talk her into going back into a bad relationship.”

Me: “That’s it?”

Grandma: “Well, no. In all honesty, I’d like to tell her: “Pani Helenko: niech Pani weźmie coś ciężkiego i mu przyłoży, to z niego gówno i buty zostaną.” (Dear Ms. Helen, please take a heavy object and apply it to your idiot of a husband and all that will be left of him is his shit and shoes).

***

We are pulling her small Fiat out of grannie’s garage and someone has awkwardly parked their large van in front of the gate blocking our way.

Grandma: “Krowa na pastwisku lepiej się zaparkuje niż niejeden chłop” (A cow in a field knows how to park herself better than many a man).

Me: “But Grandma, we can’t even see the driver. You don’t know if it’s a man or not.”

Sure enough, we pull up to the gate and we see a man behind the wheel.

Grandma: “Oh my dear”, she says to me in a knowing way “No woman would be stupid enough to park like that.”

***

After lunch, grandma and I like to turn on the T.V. and watch silly programs (by silly programs I mean cop shows, sit-coms or Polish politics, but between you and me there isn’t much difference between any of them). One of the sitcoms is called “School” and portrays teenagers in a typical, Polish high-school. It’s complete with elaborate romantic dramas of the many youths and their unstable emotions. Today the students are sharing about their sexual experiences and one of the girls is desperate to find a guy, any guy, who she can sleep with just so that she can lose her virginity. She feels left behind since everyone else is “doing it”.

Grandma: “What the hell is wrong with the young fry today. They have sex like I used to go sledding. Some school friend would come by the house in the winter and it didn’t matter whether I liked him or not, if he invited me to go sledding, I would go.”

***

Me: “Grandma, yesterday I received a text message from you, but it only contained the letter “B”. Just that single letter, nothing more.

I’ve been texting my grandma every day while I’m in town and when I see her she lets me know that she has received my messages. She never texts me back though.

I was therefore very surprised to receive a message, and a peculiar one at that.

Grandma: “Yes that was me, I sent you a text message.”

Me: “Does the “B” stand for Babcia*?”

Grandma: “Yes, my finger slipped.”

She had hit send before she could write the rest of her message 🙂

*Babcia, meaning grandmother in Polish.

List do białego na Haiti: 5 różnych sposobów na bycie nazwanym ‘blanc’

Drogi obcokrajowcu w Haiti,

‘Blanc’ może mieć kilka znaczeń. Nie istotne czy mówisz po francusku, kreolsku, bądź w żadnym z wymienionych. Będzie to pierwsze i najważniejsze słowo, definiujące Twój status na wyspie Haiti. Oznacza ono nie tylko biały kolor, ale również białą skórę. Może oznaczać obcokrajowca; może odnosić się do kogokolwiek kto jest innej rasy niż czarna. Jest wiele sposobów na usłyszenie i powiedzenie “blanc” – wszystko w zależności od kontekstu, momentu i osoby adresującej ten wyraz do Ciebie. Przedstawię tu pięć moich ulubionych.

  1. Dzieci będące w grupie i krążące wokół domów obserwują Cię, gdy przechodzisz niedaleko nich. Będą krzyczeć ‘blanc’ (lub ‘blanco’) w Twoją stronę (tak – blanco z hiszpańskiego oznacza biały i nie – nie mówimy tutaj po hiszpańsku) jeśli zdecydujesz się je zignorować i iść dalej, ciągle będą krzyczeć. Im dalej odejdziesz, tym głośniej będą to robić. Są po prostu podeskcytowane z powodu Twojej obecności, na swój własny, specyficzny sposób. Zagwarantowałeś im chwilę rozrywki.
  1. Dzieci na poboczu drogi ścigające się z moto-taxówką, krzykną ‘blanco’ raz ale radośnie. Z jednej strony chcą zdobyć Twoją uwagę, a z drugiej pozdrowić Cię jako gościa. Są zaskoczone i ożywione Twoją przelotną obecnością. Nie do końca zdają sobie sprawę z tego co widzą, pomimo odblasku bieli, który jest nieomylny. W momencie gdy docierasz do następnego łuku drogi, kolejna grupa dzieci Cię zauważa.
  1. Dzieci lub nastolatkowie idący wzdłuż drogi za Tobą albo obok Ciebie, będą mamrotać między sobą po kreolsku. Usłyszysz słowo ‘blanc’ przeplatające się między innymi słowami. Jeśli mówisz po kreolsku i coś do nich powiesz, będą mocno zdziwieni, a dziewczyny będą chichotać. Jedno z nich może zwrócić się do drugiego i poinformować dosyć głośno swojego znajomego, że ‘blanc’ mówi po kreolsku… tak jak gdybyś nie rozumiał tego co mówią.
  1. Jest 6:00 – 7:00 rano. Starszy rolnik (około 70-latek, nie wyglądający na nawet o dzień starszego niż 40) w za dużych gumowcach, z huśtającą się u boku zwyczajową maczetą mijając się z Tobą podnosi dłoń w przyjacielskim geście. Oczekujesz nadchodzącego ‘bonjou’, a w zamian otrzymujesz radosne i głośne ‘blanc!’. To takie oczywiste. Jesteś obcokrajowcem, więc musiał się tak do Ciebie zwrócić. Dodatkowo, jest on szczęśliwy, że widzi Cię na nogach o tak wczesnej porze (co jest rzadkością dla nas, białych). Spoko koleś.
  1. Czasami ‘blanc’ zostanie zastąpione przez dłuższe i bardziej formalne zwroty odnoszące się do Twojej białej skóry i Twojego cudzoziemstwa. Coś takiego może zdarzyć się podczas jakichś większych spotkań/przyjęć towarzyskich (z własnego doświadczenia włączyć w to mogę prezentacje, wesela, wydarzenia w szkolnym audytorium). W takich sytuacjach zostaniesz poproszony o powstanie, uśmiech oraz niezręczny ukłon, w momencie gdy mówca przy mikrofonie będzie wszystkim przypominał, że jesteś wśród tłumu. Tak jak gdyby ktoś mógł by Cię przeoczyć wśród morza czarnych – przecież pasujesz tam jak wół do karety. Tym razem usłyszysz ‘blanc’ szeptane za wieloma rękami dzieci, prawdopodobnie usłyszysz to również od dorosłych.

Jesteś biały, obcy, w Haiti. Twoja obecność tutaj, będzie zawsze, w pewnym stopniu, zdefiniowana Twoim statusem ‘blanc’. Możesz być pewny, że od czasu do czasu będą Ci o tym przypominać.

Przypis: Dozorca w naszym biurze w Sainte-Suzanne nazywany jest Blanc. Słyszałam, że nazywa się tak czarnych, którzy nie są tak czarni jak reszta… Tak czy owak, ten 80-letni, uśmiechający się Blanc jest tak czarny jak czarny może być czarny. Piszę o tym, jako przykład, że Blanc nie zawsze musi być związane z Tobą, drogi obcokrajowcu w Haiti.

Miłego pobytu z noirs  i noś swoje kolory blanc z dumą! Nie uciekniesz od tego 🙂

Tu nie ma miejsca na zasady

Właśnie opuściłam Haiti po 6 miesiącach pobytu w tym kraju. W Cabarete, w Republice Dominikańskiej , dzieliłam się cappuccino z włoskim emigrantem. Pracował przez jakiś czas jako fotograf i odwiedził Haiti już kilka razy z różnych okazji. Piłam wspaniałą kawę, tak wspaniałą jak jego otwarta, spokojna energia uwalniająca stres z mojego ciała. W pewnym momencie spojrzał mi prosto w oczy i powiedział “Haití es una vergüenza para la raza humana.”

Wstyd dla rasy ludzkiej?

Niezrozumiały wstyd.

Czasami jestem taka naiwna.

Moje myśli przeniosły się do pewnego popołudnia z przed kilku miesięcy. Żyłam wtedy w odosobnionej górskiej wiosce na północnym-wschodzie Haiti.

Pamiętasz ten dzień, gdy szłaś z tą młodą dziewczyną w Saint-Suzanne? – Zapytałam sama siebie. Patrzyła na Ciebie, gdy głaskałaś głodującego konia stojącego niedaleko bramy Twojego biura i domu. Ktoś, prawdopodobnie jego właściciel zostawił go tutaj, żeby zjadł trochę trawy. Byłam zafascynowana reakcją konia na mój dotyk… nie był on przyzwyczajony do dobroci. Spoglądał nerwowo na moją dłoń, jakby tylko czekał, aż wymierzy mu ona cios zamiast kolejnego delikatnego głaśnięcia. Głaskałam go tak przez kilka minut, aż w końcu chociaż trochę się uspokoił. Ciągle miał się jednak na baczności – nie jest głupim koniem i 10 minut pieszczot nie wymaże z jego pamięci kilku lat bicia – pomimo tego, troszeczkę się uspokoił.  W pewnym momencie jego oczy zaczęły się nawet zamykać ulegając tej rozkoszy… Gorące opary tropików osiadły na naszych ciałach. Poczułam, że zrobiłam coś dobrego, chociaż raz.

Dziewczyna obserwowała mnie cały czas. Stała kilka metrów ode mnie i od konia. Jej wzrok podążał za moją poruszającą się ręką, skórą i twarzą. Jej uszy, tak samo jak szkapy, wyłapywały moje ciche mamrotanie po polsku. Szeptałam słodkie słówka w matczynym języku do godnego współczucia stworzenia stojącego przede mną.

W pewnym momencie przestałam i spojrzałam na nią, a ona na mnie. Powiedziałam do niej spokojnie po kreolsku – “Chodźmy na spacer”. Ruszyłam w stronę potoku, ale gdy do niego dotarłyśmy, zauważyłam z niepokojem, że ostatnie deszcze zatopiły kamienie, których używałam, aby suchą przedostać się na drugi brzeg. Moja towarzyszka była boso ale rozumiała, że chciałabym aby moje sandały pozostały suche. Wskazała miejsce, gdzie wystarczy zrobić krok aby przedostać się przez potok. Nie wahałam się i zdałam na jej intuicję i doświadczenie. Miała rację i po chwili byłyśmy na drugiej stronie.

Kontynuowałyśmy naszą drogę wchodząc pod górę, mijając po drodze “plantację” kapusty (około akra ziemi), nad którą opiekę sprawują moi koledzy. Szliśmy dalej, ciągle  w górę. Poruszaliśmy się wąskimi, żwirowymi ścieżkami prowadzącymi do domów, a właściwie domków składających się z bambusowych tyczek i metalowych dachów. Wszystkie ukryte pomiędzy wzgórzami, ale każdy wie, że tam są, nawet jeśli ich nie widać.

Nagle naszym oczom ukazał się dom i rodzina małej dziewczynki. Siedzieli przed domem łuskając groszek. Poszła wymienić z nimi kilka zdań, podczas gdy ja czekałam na nią na ścieżce. Wpatrywali się we mnie ze zwykłą ciekawością. Moja młoda koleżanka wkrótce do mnie wróciła i mogliśmy kontynuować nasz spacer. Pomachałam na pożegnanie do jej rodziny.

Rozmawialiśmy trochę podczas spaceru. Zapytałam o jej imię, ona o moje. Przedstawiła mi klika nazw roślin rosnących na uboczu.

Wtedy poprosiła mnie o pieniądze.

Oczywiście nie prosiła o wiele. Ale chodzi o samą zasadę. Wprowadziło mnie to w lekkie zakłopotanie. Dotarłyśmy do jednej z głównych dróg – żwirowej oczywiście, ale dużo szerszej – tak rozpoczęliśmy schodzenie z powrotem do serca wioski.

Zaczęłam więc moją głupkowatą dyskusję. Z perspektywy czasu, mogę winić tylko i wyłącznie brak doświadczenia i moją naiwność. Mój wykład był bezużyteczny. Nie z powodu tematu, ale dlatego, że mówiłam o czymś co w ogóle nie miało miejsca w jej świecie i rozumieniu przez nią świata. Powiedziałam jej, że pieniądze nie będą miały żadnej wartości jeśli je po prostu jej dam. Pamiętam, jaka byłam dumna w tym momencie, z moich wzniosłych wartości i ciągle poprawiającej się znajomości lokalnego języka. Pomyślałam sobie: proszę bardzo moja droga, tak właśnie wygląda spontaniczna edukacja. A ona spojrzała na mnie obojętnie, ponieważ nigdy nie słyszała słów “pieniądze” i “wartość” użytych w ten sposób w jednym zdaniu. Była głodna więc mogłam kupić jej coś do jedzenia, proste. Ach, ale ja oczywiście kontynuowałam swój monolog. Możesz je zarobić oferując jakąś usługę bądź produkt, tłumaczyłam. Wtedy miałyby one wartość! – mówiłam podekscytowana. Popatrzyła na mnie z lekkim niedowierzaniem i zdziwieniem słuchając tego co mówię. Widziałam, że moje słowa napotykały blokadę, mocną barierę w jej umyśle – biały człowiek ma pieniądze, więc białego człowieka stać aby podarować pieniądze – ot i cała filozofia. Ona w swojej głowie zastanawiała się tylko jak poprosić o nie wystarczająco uprzejmie. Oczywiście, łatwo zauważyć, że ich potrzebuje. Pomasowała się po brzuchu obrazując swój ból, aby wyraźnie zakomunikować swoją sytuację – tak w razie czego, gdybym do tej pory nie załapała. Obserwowałam ją oraz to, z jaką desperacją próbowała mnie usatysfakcjonować, robić to czego od niej oczekiwałam. Zapytała mnie czy potrzebuję jakiejś usługi, co mogłaby zrobić, aby zarobić te pieniądze? Dręczyłam swój mózg, aby myślał szybciej, no i wreszcie zasugerował coś. Może mogła by dla mnie pozamiatać mój pokój? Nie żeby mój pokój wymagał zamiatania, ale chciałam trzymać się swoich zasad i wartości. Moje podobno ratujące życie, a w rzeczywistości gówno warte zasady. Widać było że moja towarzyszka nie czuła się dobrze pomysłem sprzątania, a ja zdałam sobie sprawę z tego, że dozorcom w centrum, gdzie mieszkałam, nie spodobała by się nieznajoma 12-latka, wchodząca do pokoju białej kobiety. Poderwała się w swojej nowej myśli i powiedziała: “Ale przecież pomogłam Ci przejść przez strumyk!”, jakby wreszcie udało jej się znaleźć lukę w moim prawie. Chciała, żebym jej za to zapłaciła?

Myślałam, że jesteśmy koleżankami, powiedziałam.

Nic nie odpowiedziała, idąc dalej obok mnie do samej bramy.

“Jestem głodna”, powiedziała ponownie.

“Nie mogę Ci pomóc”, powiedziałam. Czy musiałam się wdrażać w szczegóły tłumacząc, że kucharze przygotowują dla nas posiłki, a ja dosłownie nie miałam w tym momencie żadnego dostępu do jedzenia?

Nieważne, nawet gdybym to zrobiła, nawet gdyby ona dzisiaj zjadła, powiedziałaby innym dzieciom, a my od następnego dnia prowadzilibyśmy kuchnię zamiast centrum badawczego.

Odwróciłam się i poszłam do domu. Siwy koń już nie stał w bramie.

Północny wschód na pieszo: Wspinaczka na Fort Capois i szczyt Sarazin

Wśród aury porannych mgieł.

Więcej zdjęć dostępnych na Flickr !

1. Fort Capois. 05.12.2014

Wyjeżdżamy z Sainte-Suzanne o 6.30, odbieramy naszego przewodnika i kubek gorących, świeżo prażonych orzeszków, którymi zajadamy się w drodze do Fort Capois – tego samego szczytu, którego jako bazę używał legendarny Charlemagne Péralte. Tej samej góry na której został zdradzony oraz zabity prawie 100 lat temu podczas inwazji USA na Haiti. Jedziemy wyboistą, żwirową drogą poprzez Cotelette i dalej, razem około 11km do początku naszego szlaku. To trudny, stromy start naszej wspinaczki do celu, czyli szczytu, który widzimy w oddali na horyzoncie. Niezrażeni, rozpoczynamy wspinaczkę. Po drodze mijamy ogrody. Niektóre bardziej rozbudowane, inne mniej. Mijamy wiele intensywnie zielonych skwerków o takim rodzaju gęstej roślinności, która powinna występować w całym Haiti. Byłoby tak, gdyby nie systematyczne wycinanie drzew na opał oraz przygotowywanie ziemi pod rolnictwo. Nasz cel znajdujący się na górze płata figle naszym oczom. Przewodnik tłumaczy nam, że ani ten szczyt, który widzimy, ani kolejny, tylko ten trzeci -najwyższy jest celem naszej podróży. Kontynuujemy naszą drogę w stronę szczytu! Mijamy również kilka wiejskich domków i rodzin, machając do tych, którzy obserwują naszą wspinaczkę. Będąc na szczycie poświęcamy chwilę aby dobrze poznać postać haitańskiego bohatera, dla którego ta góra tak wiele znaczyła.

Charlemagne, Péralte – (1886 – 1919) – legendarny, haitański przywódca partyzancki, który przeciwstawiał się inwazji USA na Haiti w 1915. Peralte pochodzi z miasta Hinche, zlokalizowanego w centrum Haiti, ale podczas okupacji USA stacjonował w Leogane, pracując jako szef wojska w mieście. Kiedy odmówił poddania się obcym wojskom, zrezygnował ze swojego stanowiska i wrócił do rodzinnego miasta, gdzie dwa lata później został aresztowany za nieudany atak na posterunek żandarmerii. Chociaż został skazany na 5 lat pozbawienia wolności, uciekł z niewoli i zebrał grupę nacjonalistycznych rebeliantów, aby rozpocząć wojnę partyzancką przeciwko amerykańskim wojskom. Wojska Péraltego nazywane „Cacos” (nazwa upamiętniająca partyzanckie wojska haitańskie z XIX wieku) stwarzały tak duże zagrożenie dla USA, że najeźdźcy zostali zmuszeni do wzmocnienia kontyngentu US Marine na Haiti i do zwalczania partyzantów zaangażowali samoloty. Przez pewien czas Péralte prowadził skuteczną wojnę przeciwko USA. Udało się nawet ustanowić rząd tymczasowy w północnej części kraju. Został jednak zdradzony i zamordowany przez jednego ze swoich generałów. Żołnierze Marines chcąc zniechęcić innych do podobnych powstań, zrobili z Péralte przestrogę dla innych, robiąc zdjęcie jego ciała przywiązanego do drzwi i rozpowszechniając je na obszar całego kraju. Péralte pozostaje jednak haitańskim bohaterem; jego podobiznę można zobaczyć na haitańskich monetach wydanych przez rząd Aristide w latach 90. Szczątki Péralte zostały odkopane po zakończeniu amerykańskiej okupacji w 1935 roku, a obecnie znajdują się w Cap-Haitien.

Słuchając historii o Péralte oraz historii walki o Haitańską niepodległość, ruszyliśmy ponownie szlakiem, pozostawiając jego północną górską bazę oraz miejsce jego zgonu. Nasza podróż powrotna przebiegła bez specjalnych atrakcji może poza przystankiem na pyszne pomarańcze otrzymane od pobliskiego rolnika. Świetna i bardzo przydatna przekąska!

At the start of the trail

Na początku szlaku

beautiful views

Piękne widoki

The mountain rambles in the North-East just keep getting better!

Górskie wycieczki na północnym wschodzie są coraz lepsze!

2.  Pique de Sarazin (Szczyt Sarazin). 14.12.2014

Wyjechaliśmy około 7:30; w końcu jest niedziela. Przed nami niewiele drogi, bo od centrum Sainte – Suzanne do rozpoczęcia naszego szlaku jest około 1km. Z poprzedniego wypadu na Fort Capois nauczyliśmy się, że należy wcześniej zaopatrzeć się w przekąski, większą ilość wody oraz w plecak, aby to wszystko w czymś nosić… no i wszyscy tym razem mają na sobie długie spodnie. Na samym początku szlaku w tle słyszymy wodospad, oraz widzimy rzekę, która kieruje się w stronę wioski. Nasza wycieczka rozpoczyna się schodzeniem z górki; to tylko chwilowe ułatwienie, ponieważ przed nami wiele wspinania. Po drodze nasz szlak dosyć często przecina rzekę. Czasami trafiamy na polany, na których obiecujemy, że kiedyś zrobimy sobie piknik. Od czasu do czasu idziemy w gąszczu rozgałęzionych drzew. Przechodzenie przez rzekę czy strumyk możemy nazwać swego rodzaju zbawieniem – niektórzy turyści pochylają się, aby przemyć sobie ręce i twarz; inni zdejmują buty, aby poczuć przyjemną zimną wodę na swoich stopach. Jeszcze inni dobierają kroki tak, aby przedostać się po kamieniach na drugi brzeg mniej lub bardziej suchym. Nasza droga trwa dalej, wijąc się pod górę. Będąc w centrum Sarazin przypadkowo spotykamy dwóch lokalnych mężczyzn, którzy godzą  się poprowadzić nas na szczyt góry. Idąc dalej, mijamy wielu mieszkańców zmierzających w przeciwnym kierunku na mszę. Po każdym spotkaniu w naszych uszach dzwoni „bonjou” i „pa pi mal”. Jeszcze trochę stromej wspinaczki i dochodzimy do niewielkiego płaskowyżu, z którego rozciąga się wspaniały widok na dolinę oraz Trou-du-Nord na horyzoncie.

Wspinamy się jeszcze wyżej. Podczas zbaczania ze szlaku aby przedrzeć się przez wzgórze nasze narzekanie zamienia się w protesty (gdyż idziemy scieżką dla kóz). Prawie jesteśmy już na szczycie ale niestety kilka bananowców i rosnących słodkich ziemniaków zostaje zdeptanych podczas naszego marszu. Przewodnik zatrzymuje nas ruchem ręki. Najpierw musimy złożyć hołd duchom, które utrzymują tę górę, poprzez zaoferowanie wody i zaśpiewanie specjalnej piosenki. Będąc na szczycie zauważamy mały okrąg z głazów; potencjalne miejsce do odprawiania ceremonii vodou. Schodzimy z góry innym szlakiem, nawiasem mówiąc, bardzo stroma alternatywa. Kilka odcinków trasy pokonujemy zjeżdżając na tyłkach, śmiejąc się przy tym jak dzieci. Ach jaką przyjemność sprawia ubrudzenie siebie! Czuję się jakbym znowu była na nartach w Górach Skalistych  i utknęła na trudnym szlaku zjeżdżając od boku do boku przy 70-stopniowym nachyleniu… i zbierając przy tym sporo brudu. Więcej mgły, piękne widoki oraz szansa na przerwę i przekąskę ze świeżych grejpfrutów i bananów. Wkrótce potem natrafiamy na zbiór trzciny cukrowej. Kilka krzyków w stronę gór i właściciele pól z trzciną cukrową pozwalają nam na odrobinę słodkości. Z nieba pada mżawka, a my kontynuujemy naszą drogę, każdy ze swoją trzciną w dłoni. Odgryzamy duży kawałek, który pęka pod naciskiem zębów. Żujemy, dalej żujemy, rozkoszujemy się słodkością, po czym spluwamy resztki. Słodka, niechlujna, najlepsza przekąska na pobyt w górach. Mżawka zamienia naszą ścieżkę w błotnistą i bardziej śliską drogę. W sumie to prosty schemat: idziesz, ślizgasz się i tak w kółko. W końcówce naszego szlaku znowu rozkoszujemy się przeprawami przez rzekę. Powracamy do Sarazin, świadomi, że przed nami jeszcze trochę wędrówki zanim dotrzemy do Sainte-Suzanne. Po drodze wykonujemy kilka telefonów… chcemy mieć pewność, że lunch jest już w drodze. W końcu już po 12.

Already well into our hike, entering the town centre of Sarazin

Wchodzimy do centrum Sarazin

Looking down into the valley and Trou-du-Nord

Spoglądamy w dół na dolinę i Trou-du-Nord

Navigating through the mists!

Nawigacja przez mgłę!

Polko – Kanadyjka : )

Kocham lotniska.

Można powiedzieć, że są trochę jak igrzyska olimpijskie lub ONZ , gdzie wszyscy niezależnie od rasy, narodowości oraz statusu społecznego mogą brać udział w tej samej dyscyplinie. Tutaj na międzynarodowym lotnisku we Frankfurcie, naszą dyscypliną jest znalezienie kolejnej bramki, czy też bagażu. Z sukcesem zlokalizowałam bagietkową kanapkę oraz kawę, po czym przyjęłam odpoczywającą pozycję skierowaną w stronę okna i wydarzeń dziejących się na pasie startowym. Przyglądam się jak samolot linii Air Canada zaczyna powoli unosić się w powietrzu, a jego namalowany liść klonu znika z widoku wraz z ogonem samolotu. Czuję ogromny sentyment do mojego kolejnego kraju. Jest to takie ciepłe uczucie względem tego zimnego klimatu 🙂

To był wspaniały czas w mojej ojczyźnie, Polsce. Jestem bardzo szczęśliwa, ponieważ teraz jest ona dla mnie autentyczna… . Koncept pracy, zabawy, życia w Polsce, po polsku i z polakami jest teraz dla mnie namacalny. To nie jest już tylko wakacyjne wspomnienie z dalekiego kraju, z którego pochodzą moi rodzice… To żyjący, oddychający twór.

Istnieje kilka pozornie prostych, ale bardzo symbolicznych dla mnie wydarzeń, które zostaną w mojej pamięci. Podpisanie mojej pierwszej umowy o pracę w języku polskim, przejeżdżanie lub przechodzenie przez Puławską… to magiczna nazwa, którą często słyszałam jako dziecko, ponieważ moja rodzina miała w czasach PRL’u mieszkanie na tej właśnie ulicy. Pierwszego sierpnia stolica emanuje energią… W tym roku obchodzimy 70 rocznicę Powstania Warszawskiego. Spotkania odbywają się na Nowym Świecie. Jadę ze znajomymi krętymi, wyboistymi drogami, śpiewając po drodze ukraińskie folkowe piosenki. Piękna, ciepła, złota polska jesień. Piszę (a raczej próbuję pisać) po polsku firmowe maile. Jestem w nich znana jako „Pani Katarzyna” 🙂 Aczkolwiek te dwa ostatnie elementy najbardziej mnie bawią i sprawiają, że na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Jako „Pani Katarzyna” jestem jak staromodna kobieta mająca we krwi grzeczność i formalność, a w rzeczywistości czekam cierpliwie na moment, w którym będzie można zakończyć te kulturalne uprzejmości i zaczniemy mówić sobie po imieniu. Jak człowiek do człowieka.

Podczas przyglądania się jak samolot linii Air Canada kieruje swój dziób ku pasu startowemu uświadamiam sobie, że moja tożsamość bycia jednocześnie Polką i Kanadyjką, będzie dla mnie nierozłączna jeszcze przez długi czas, a właściwie do końca życia – na szczęście. Będąc w Polsce jestem wyróżniana przez innych z powodu mojego kanadyjskiego wychowania. Będąc w Kanadzie jestem rozpoznawalna przez moje polskie dziedzictwo. To są wrażenia zewnętrzne. Wewnątrz nie ma potrzeby konfliktu czy wytykania tego palcami, tylko akceptacja. Mogłabym po prostu wybrać ulubiony kraj, tak samo jak mogłabym wybrać ulubionego rodzica. Oddzielenie siebie od jednego bądź drugiego kraju, byłoby jak wybranie tylko prawej ręki zamiast lewej. One się wzajemnie uzupełniają.  Moje etui na paszporty pasuje idealnie zarówno na ten bordowy jak i niebieski dokument.

Każdy z nich ma swoje miejsce w zależności od moich potrzeb na dany moment. Wybieram ten odpowiedni do danego celu.

Tak, piszę głównie po angielsku. Kilka lat temu musiałam podjąć decyzję w jakim języku pisać. Wybrałam ten, którego najwięcej używałam, który jest najbardziej chwytliwy. Mój umysł byłby jednak pozbawiony większej głębi i doceniania różnorodności bez znajomości innych języków. Elokwencja francuskiego, czy pierwotne tony hiszpańskiego… one również mnie uzupełniają . Nie być w stanie spontanicznie zażartować, zaśpiewać, czy opowiedzieć jakąś historię w moim ojczystym języku polskim… to by było rzeczywiście smutne.

Teraz zmierzam do niewielkiej nacji na Karaibach, znanej ludzkości głównie jako jeden z najbiedniejszych krajów na Ziemi; znanej mi, jako kraj rojący się od marzeń, nadziei i ciepła. Kiedy dotrę na Haiti, to wiem , że na pierwszy rzut oka będę dla haitańczyków jak ta kolejna „biała kobieta”. . W najlepszym wypadku mieszkańcy będą mieć tylko nikłe pojęcie kim jestem i skąd pochodzę. W porządku, nie przeszkadza mi to, naprawdę.

Jestem gotowa na rozmowę, o ile do niej dojdzie. Jeśli ktoś zapyta mnie skąd pochodzę… wtedy będziemy mogli porozmawiać o tych fascynujących miejscach i ludziach. O Polsce, o Kanadzie i o sile którą z nich czerpię.

IMG_1455.JPG

(Zamek w Lublinie, Sierpień 2014)

Elan Haiti…

…i Pierwsza Międzynarodowa Konferencja Młodzieżowa na Haiti podkreśla zaangażowanie młodych Haitańczyków w odbudowie kraju

Krótko o konferencji:

Nazwa: Elan Haiti 2014 – (Pierwsza) Międzynarodowa Konferencja Młodzieżowa – website and Facebook

Miejsce: Uniwersytet Henri Christophe w Limonade, Północne Haiti

Czas: 15 – 18 listopada, 2014

Organizator: Elan Haiti (Haiti) grupy Echo

Uczestnicy: setka wybranych młodych ludzi z Haiti i z za granicy: studentów, przedsiębiorców i liderów

Piosenka Elan Haiti 2014: 

“Starość we wszystko wierzy. Wiek średni we wszystko wątpi. Młodość wszystko wie” – O. Wilde

Młodzież na Haiti stanowi jedną z najważniejszych i najbardziej dynamicznych grup demograficznych w tym kraju. W przeciwieństwie do wielu krajów rozwiniętych, gdzie dominująca grupa demograficzna są osoby w wieku powyżej 55 lat (tzw. ‘baby-boomers’), Haiti ma bardzo młodą populację. Choć statystyki są różne, niektórzy twierdzą, że aż 70% ludności Haiti ma poniżej 30 lat! Jednakże w społeczeństwie hierarchicznym i elitarnym ta duża i ważna grupa młodych Haitańczyków ma często trudności, żeby się przebić ze swoim zdaniem i być wysłuchaną.

Następujące pytania czekają na odpowiedź: czy młodzi ludzie są gotowi odbudować swój kraj po tragicznym trzęsieniu ziemi w 2010 roku? Czy jest jakaś nadzieja dla młodych, żeby spełnić ich marzenia tu na Haiti? Jak odnajdują się młodzi w skomplikowanej sytuacji polityczno-gospodarczej, z niepokojami politycznymi, słabymi strukturami gospodarczymi i głębokim uzależnieniniem od pomocy międzynarodowej? Moim zdaniem to właśnie na podstawie tych pytań powstała koncepcja konferencji na Elan Haiti w 2014 roku, z jej. starannie dobranym hasłem “młodzież jest zaangażowana”.

‘Élan’ www.elan.ht , to po francusku ‘pęd’ lub ‘bodziec’. To właśnie zespół Elan Haiti przyczynił się do organizacji pierwszej międzynarodowej konferencji młodzieżowej na Haiti, konferencja która ma zostać corocznym wydarzeniem w tym kraju.

FullSizeRender

Ekipa Elan

Jako uczestniczka konferencji, ponad tydzień temu dotarłam do Elan Haiti 2014. Byłam ciekawa spotkania z młodymi haitańskimi liderami ale także świadoma, że cały projekt został wszczęty i zorganizowany przez młodzież. Samo istnienie Elan ma być również świadectwem czego młodzież jest wstanie dokonać, jednocząc wspólne siły do osiągnięcia celu! 

O Konferencji Elan

Trzy-dniowa konferencja nie tylko obejmowała prezentacje i dyskusje na temat różnych aspektów rozwoju gospodarczego na Haiti. Elan podkreślił również znaczenie przedsiębiorczości. Odbył się konkurs z nagrodami na plany biznesowe.  Pierwsza i druga nagroda miały postać wsparcia technicznego i finansowego  dla realizacji tych projektów.

Wszyscy, cała setka uczestników, została podzielona na cztery grupy: edukacja, współpraca międzynarodowa, przedsiębiorczość i środowisko.  Przed każdą grupą postawiono zadanie:  sformułować istotę problemu i w zadanej dziedzinie opracować projekt, który rozwiąże ten problem. Proponowane projekty mają być zrealizowane przez grupy zgłaszające projekty w ciągu następnego roku. Każda z grup dostanie dodatkową pomoc techniczną zespołu Elan.

Grupa 'środowisko'

Grupa ‘środowisko’

Dlaczego pojechałam na tą konferencję…

Tego lata mieszkałam i pracowałam w Warszawie, gdzie się urodziłam.  To właśnie tutaj dowiedziałam się o konferencji Elan po raz pierwszy, dzięki moim wcześniejszym kontaktom z Haiti. Pomyślałam, że mogłabym reprezentować Polskę.

Dodatkowym atutem była lokalizacja konferencji, jako że miała się ona odbywać w północno-wschodnim rejonie Haiti – a to jest mój specjalny kącik tego kraju.  W tym rejonie (departamencie) właśnie po raz pierwszy pracowałam na stażu dla CIDA (Kanadyjska Agencja Rozwoju Międzynarodowego) rok temu. Teraz, już po konferencji, też mieszkam w tej części Haiti. Jestem zwolenniczką decentralizacji Haiti skoro przez dłuższy czas rozwój kraju był głównie skupiony na rozwoju stolicy Port-au-Prince i jej okolic. Pomysł, żeby Elan ulokował szeroko zakrojoną imprezę na Uniwersytecie Limonade w departamencie północno-wschodnim był warty wsparcia.

Byłam też bardzo ciekawa poznania młodych liderów z Haiti. Skoro wszyscy przeszliśmy proces selekcji do udziału w Elan (między innymi pisanie wypracowań i pokazanie zaangażowanie w rozwój Haiti), domyślałam się, że osoby obecne na tej konferencji będą wyjątkowe.  Moje przypuszczenia sprawdziły się.  Spotkałam Haitańskich przedsiębiorców z zagranicy, młodych dziennikarzy, lokalnych liderów z różnych zakątków Haiti i profesjonalistów z różnymi pasjami – od pisania, do tworzenia muzyki i filmów. Przedsiębiorcy, aktywiści i uczniowie – wszyscy dzielą się tym samym optymizmem i wiarą, że to właśnie ich praca może się przyczynić do rozwoju Haiti.

Mało jest rzeczy równie inspirujących jak spotkania z młodzieżą pełną marzeń i możliwości. Nie mylę się chyba twierdząc, że wszyscy wyjechaliśmy z tego spotkania pełni nadziei i z podniesiona głową.

Refleksje po konferencji…

To ludzie, organizatorzy i uczestnicy, sprawili, że ta konferencja stała się tak wyjątkowym wydarzeniem. Moje serdeczne podziękowania kieruję do zespołu organizacyjnego Elan oraz partnerów i sponsorów którzy przyczynili się do realizacji tej konferencji. Jestem pod wrażeniem niezwykle efektywnej pracy ekipy komunikacyjnej. Projekty graficzne, fotografie i jakość wideo były na bardzo wysokim poziomie. Nie obyło się bez pewnych błędów logistycznych – ale jest to punkt problematyczny przy każdym dużym wydarzeniu. W ogólnej ocenie, konferencja Elan stoi na wysokim poziomie. Moim zdaniem, jest to duże osiągnięcie gdy konferencja tej skali jest organizowana po raz pierwszy…zwłaszcza w kontekscie odbycia się imprezy na Haiti!

Bardzo jestem zainteresowana jak potoczą się losy wszystkich czterech projektów wciągu nadchodzących 12 miesięcy. Co uda się nam stworzyć? Jakie napotkamy przeszkody i wyzwania? Pomimo tego, że mamy czasem wątpliwości i czeka nas dużo ciężkiej pracy, jestem przekonana, że przekazany w czasie konferencji Elan ‘duch’ pracy zespołowej będzie nam towarzyszyć przez dłuższy czas.

Niesiemy również ważne przekazanie dla całego świata: młodzi Haitańczycy i cudzoziemcy pracujący dla tego małego karaibskiego kraju są serdecznie zaangażowani w walce o budowanie lepszej przyszłośći dla Haiti.

elanconf3

???????????????????????????????