Tu nie ma miejsca na zasady

Właśnie opuściłam Haiti po 6 miesiącach pobytu w tym kraju. W Cabarete, w Republice Dominikańskiej , dzieliłam się cappuccino z włoskim emigrantem. Pracował przez jakiś czas jako fotograf i odwiedził Haiti już kilka razy z różnych okazji. Piłam wspaniałą kawę, tak wspaniałą jak jego otwarta, spokojna energia uwalniająca stres z mojego ciała. W pewnym momencie spojrzał mi prosto w oczy i powiedział “Haití es una vergüenza para la raza humana.”

Wstyd dla rasy ludzkiej?

Niezrozumiały wstyd.

Czasami jestem taka naiwna.

Moje myśli przeniosły się do pewnego popołudnia z przed kilku miesięcy. Żyłam wtedy w odosobnionej górskiej wiosce na północnym-wschodzie Haiti.

Pamiętasz ten dzień, gdy szłaś z tą młodą dziewczyną w Saint-Suzanne? – Zapytałam sama siebie. Patrzyła na Ciebie, gdy głaskałaś głodującego konia stojącego niedaleko bramy Twojego biura i domu. Ktoś, prawdopodobnie jego właściciel zostawił go tutaj, żeby zjadł trochę trawy. Byłam zafascynowana reakcją konia na mój dotyk… nie był on przyzwyczajony do dobroci. Spoglądał nerwowo na moją dłoń, jakby tylko czekał, aż wymierzy mu ona cios zamiast kolejnego delikatnego głaśnięcia. Głaskałam go tak przez kilka minut, aż w końcu chociaż trochę się uspokoił. Ciągle miał się jednak na baczności – nie jest głupim koniem i 10 minut pieszczot nie wymaże z jego pamięci kilku lat bicia – pomimo tego, troszeczkę się uspokoił.  W pewnym momencie jego oczy zaczęły się nawet zamykać ulegając tej rozkoszy… Gorące opary tropików osiadły na naszych ciałach. Poczułam, że zrobiłam coś dobrego, chociaż raz.

Dziewczyna obserwowała mnie cały czas. Stała kilka metrów ode mnie i od konia. Jej wzrok podążał za moją poruszającą się ręką, skórą i twarzą. Jej uszy, tak samo jak szkapy, wyłapywały moje ciche mamrotanie po polsku. Szeptałam słodkie słówka w matczynym języku do godnego współczucia stworzenia stojącego przede mną.

W pewnym momencie przestałam i spojrzałam na nią, a ona na mnie. Powiedziałam do niej spokojnie po kreolsku – “Chodźmy na spacer”. Ruszyłam w stronę potoku, ale gdy do niego dotarłyśmy, zauważyłam z niepokojem, że ostatnie deszcze zatopiły kamienie, których używałam, aby suchą przedostać się na drugi brzeg. Moja towarzyszka była boso ale rozumiała, że chciałabym aby moje sandały pozostały suche. Wskazała miejsce, gdzie wystarczy zrobić krok aby przedostać się przez potok. Nie wahałam się i zdałam na jej intuicję i doświadczenie. Miała rację i po chwili byłyśmy na drugiej stronie.

Kontynuowałyśmy naszą drogę wchodząc pod górę, mijając po drodze “plantację” kapusty (około akra ziemi), nad którą opiekę sprawują moi koledzy. Szliśmy dalej, ciągle  w górę. Poruszaliśmy się wąskimi, żwirowymi ścieżkami prowadzącymi do domów, a właściwie domków składających się z bambusowych tyczek i metalowych dachów. Wszystkie ukryte pomiędzy wzgórzami, ale każdy wie, że tam są, nawet jeśli ich nie widać.

Nagle naszym oczom ukazał się dom i rodzina małej dziewczynki. Siedzieli przed domem łuskając groszek. Poszła wymienić z nimi kilka zdań, podczas gdy ja czekałam na nią na ścieżce. Wpatrywali się we mnie ze zwykłą ciekawością. Moja młoda koleżanka wkrótce do mnie wróciła i mogliśmy kontynuować nasz spacer. Pomachałam na pożegnanie do jej rodziny.

Rozmawialiśmy trochę podczas spaceru. Zapytałam o jej imię, ona o moje. Przedstawiła mi klika nazw roślin rosnących na uboczu.

Wtedy poprosiła mnie o pieniądze.

Oczywiście nie prosiła o wiele. Ale chodzi o samą zasadę. Wprowadziło mnie to w lekkie zakłopotanie. Dotarłyśmy do jednej z głównych dróg – żwirowej oczywiście, ale dużo szerszej – tak rozpoczęliśmy schodzenie z powrotem do serca wioski.

Zaczęłam więc moją głupkowatą dyskusję. Z perspektywy czasu, mogę winić tylko i wyłącznie brak doświadczenia i moją naiwność. Mój wykład był bezużyteczny. Nie z powodu tematu, ale dlatego, że mówiłam o czymś co w ogóle nie miało miejsca w jej świecie i rozumieniu przez nią świata. Powiedziałam jej, że pieniądze nie będą miały żadnej wartości jeśli je po prostu jej dam. Pamiętam, jaka byłam dumna w tym momencie, z moich wzniosłych wartości i ciągle poprawiającej się znajomości lokalnego języka. Pomyślałam sobie: proszę bardzo moja droga, tak właśnie wygląda spontaniczna edukacja. A ona spojrzała na mnie obojętnie, ponieważ nigdy nie słyszała słów “pieniądze” i “wartość” użytych w ten sposób w jednym zdaniu. Była głodna więc mogłam kupić jej coś do jedzenia, proste. Ach, ale ja oczywiście kontynuowałam swój monolog. Możesz je zarobić oferując jakąś usługę bądź produkt, tłumaczyłam. Wtedy miałyby one wartość! – mówiłam podekscytowana. Popatrzyła na mnie z lekkim niedowierzaniem i zdziwieniem słuchając tego co mówię. Widziałam, że moje słowa napotykały blokadę, mocną barierę w jej umyśle – biały człowiek ma pieniądze, więc białego człowieka stać aby podarować pieniądze – ot i cała filozofia. Ona w swojej głowie zastanawiała się tylko jak poprosić o nie wystarczająco uprzejmie. Oczywiście, łatwo zauważyć, że ich potrzebuje. Pomasowała się po brzuchu obrazując swój ból, aby wyraźnie zakomunikować swoją sytuację – tak w razie czego, gdybym do tej pory nie załapała. Obserwowałam ją oraz to, z jaką desperacją próbowała mnie usatysfakcjonować, robić to czego od niej oczekiwałam. Zapytała mnie czy potrzebuję jakiejś usługi, co mogłaby zrobić, aby zarobić te pieniądze? Dręczyłam swój mózg, aby myślał szybciej, no i wreszcie zasugerował coś. Może mogła by dla mnie pozamiatać mój pokój? Nie żeby mój pokój wymagał zamiatania, ale chciałam trzymać się swoich zasad i wartości. Moje podobno ratujące życie, a w rzeczywistości gówno warte zasady. Widać było że moja towarzyszka nie czuła się dobrze pomysłem sprzątania, a ja zdałam sobie sprawę z tego, że dozorcom w centrum, gdzie mieszkałam, nie spodobała by się nieznajoma 12-latka, wchodząca do pokoju białej kobiety. Poderwała się w swojej nowej myśli i powiedziała: “Ale przecież pomogłam Ci przejść przez strumyk!”, jakby wreszcie udało jej się znaleźć lukę w moim prawie. Chciała, żebym jej za to zapłaciła?

Myślałam, że jesteśmy koleżankami, powiedziałam.

Nic nie odpowiedziała, idąc dalej obok mnie do samej bramy.

“Jestem głodna”, powiedziała ponownie.

“Nie mogę Ci pomóc”, powiedziałam. Czy musiałam się wdrażać w szczegóły tłumacząc, że kucharze przygotowują dla nas posiłki, a ja dosłownie nie miałam w tym momencie żadnego dostępu do jedzenia?

Nieważne, nawet gdybym to zrobiła, nawet gdyby ona dzisiaj zjadła, powiedziałaby innym dzieciom, a my od następnego dnia prowadzilibyśmy kuchnię zamiast centrum badawczego.

Odwróciłam się i poszłam do domu. Siwy koń już nie stał w bramie.

Advertisements

2 comments

  1. Ciekawe. Czytałem z przejęciem… ;)

Leave a Reply

Please log in using one of these methods to post your comment:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: